12 kwietnia 2012

Komputer dla mas, a nie dla klas...


Ostatnie miesiące dają mi mnóstwo powodów do różnych życiowych przemyśleń. Swiat się zmienia i miałem szczęście być świadkiem rewolucji bezkrwawych, a jakże ważnych dla dzisiejszego świata i naszego kraju. 
Niestety liderzy rewolucji technologicznej i prawdziwi wizjonerzy odchodzą w ostatnich miesiącach i coraz bardziej odczuwam że chłopięce lata i marzenia przemijają, tym bardziej, że sam już pewną poprzeczkę wieku przeskoczyłem, i…


W ostatnią niedzielę odszedł kolejny ważny dla mnie człowiek, który w historii komputeryzacji spokojnie może konkurować ze Stevem Jobsem. Człowiek, który spowodował, że komputery naprawdę trafiły pod strzechy. Człowiek, który zmienił życie wielu z nas, którzy poznawaliśmy świat komputerów grając na Commodore 64 (i wcześniejszych modelach Commodore) czy zarabiając pierwsze pieniądze na Atari ST, które dawało nam moc i możliwości, na które normalnie nie byłoby nas stać.

Mój pierwszy własny komputer to był Atari 1040STFM  (sprowadzony z Anglii za pieniądze tamże zarobione przez moją siostrzyczkę). Było to dzieło autorskie Jacka Tramiela – komputer, o którym wówczas marzyłem i który gdy go dostałem spowodował, że chyba pierwszy raz w życiu zazdrościli mi wszyscy, bo komputer ów był silniejszy niż wszystko co mieli moi sąsiedzi, czy nawet okoliczne centra obliczeniowe i do tego był przyjazny jak Maki… To było właśnie „Power Without the Price”,  a ja byłem wtedy najszczęśliwszym człowiekiem na Ziemi.
Zarobiłem dzięki niemu moje pierwsze pieniądze nie związane z pracą fizyczną, czy korepetycjami, projektując plakaty, ulotki, przepisując, licząc i drukując to i owo dla różnych znajomych i nie tylko. Komputer ten przybliżył mnie do braci komputerowej "Atarowców", których naprawdę zacne towarzystwo miałem w sąsiedztwie w bloku, w którym mieszkałem, wliczając w to pewnego muzyka i świetnego producenta, którego zamęczałem swoimi wizytami i którego serdecznie pozdrawiam…

Commodore 64, również kojarzy mi się z sąsiadem (parę pięter niżej) – przyjaźnią z dzieciństwa, z którym bez specjalnych wyrzutów sumienia wagarowałem ze szkoły w czerwcu (notabene do dziś nie rozumiem, dlaczego oceny w szkole wystawia się miesiąc przed końcem roku szkolnego – skoro księgowi potrafią zamknąć rok praktycznie w dobę), przesiadując u niego w domu całymi dniami, grając we wszystkie gry świata, wprowadzając i łamiąc pierwsze „poke’i” by zdobywać nieśmiertelność w grach i zobaczyć swoje nazwisko w "Bajtku" czy "Komputerze" wśród przesyłających je…

Wtedy czuliśmy, że świat się zmienia, równocześnie zmieniała się rzeczywistość wokół nas, zaczynaliśmy planować inną przyszłość. Wierzę, że w dużej mierze nasz świat się zmienił i wolność przyszła też dzięki rewolucji technologicznej i tej wielkiej chęci w nas by dogonić świat, który nam uciekał, a do którego między innymi dzięki komputerom tak nas bardzo ciągnęło…
Do dziś pamiętam, jak musiałem wypełniać formularz CoCom (relikt zimnej wojny), że mój komputerek będzie służył tylko do prywatnych zastosowań, by uzyskać zgodę na jego wysyłkę do Polski...

Jack Tramiel, urodzony jako Jacek Trzmiel, był świadkiem rzeczy strasznych i tragicznych, które przetrwał w naszym kaleczonym kraju i uciekł do świata, w którym jako wizjoner komputeryzacji i biznesu (poprzez metodologie zarządzania kosztami produkcji masowej i strategie konkurencji cenowej) mógł zaistnieć, tworzyć i sprzedawać komputery dla mas, a nie dla klas. 

Thanks Jack. For everything.

7 października 2011

Nigdy nie zagłosuję na PiS

W niedzielę wybory. Wbrew pozorom, mimo pozornej stabilizacji mogą to być jedne z ważniejszych wyborów ostatnich lat, a wszystko przez szalejącą niepewność na rynkach i nadciągające ciemne chmury kolejnego poważnego kryzysu. Dlatego wybór, który podejmuje jest oparty na przesłankach solidnych, a nie na sloganach partyjnych, czy beznadziejnym informowaniu o rzeczywistości przez niedouczone media, upraszczające rzeczywistość do afer i haseł przez nich zrozumiałych (choć wcale nie jestem tego pewien czy cokolwiek rozumieją).

Również nie wpłynęła na mnie beznadziejna (jak zwykle) kampania PO i jej praktycznie nie istniejący PR (skąd oni biorą tak beznadziejnych doradców?). Dobrze przeprowadzana i bardzo skuteczna (znów jak zwykle) kampania PiS zupełnie na mnie nie działa, nie jestem targetem. Jestem chyba zbyt dobrze zorientowany i inteligentny (i skromny) by być wyborcą tej oszukańczej, nieskutecznej i sabotującej nasz kraj partii.
Co więc wziąłem pod uwagę?
1. Potrzebę stabilizacji w tych trudnych czasach i zorientowanie na ludzi, którzy sobie radzą w rządzeniu. Ci ludzie rozumieją trudne tematy i potrafią prowadzić na ich temat debatę i podejmować trudne decyzje. Mówię tu o OFE i całym systemie emerytalnym. Konkurencja w wyborach poza krytyką, zdecydowanie niekonstrukcyjną, nie ma praktycznie żadnych propozycji. Rząd o trudnych tematach debatował z niezależnymi ekspertami, bo w sejmie w opozycji nie ma nikogo, kto jest w stanie zaproponować cokolwiek.

2. Przypomniałem sobie metody na kryzys silnie wymuszane przez opozycyjną partię uzdrowicieli kraju (zresztą ręka w rękę z SLD):
W styczniu 2009 roku PiS (ten, który gani obecny rząd za dług publiczny i bredzi coś o Grecji) zaprezentował swój program antykryzysowy, w ktorym było ZWIĘKSZENIE DEFICYTU BUDŻETOWEGO.
Budżet Rostowskiego na 2009 rok zakladał deficyt na poziomie 3 proc PKB natomiast PiS upierał sie, że trzeba go zwiekszyć i odwoływał się do przykładów USA i Wielkiej Brytanii (i kto wie czy Grecja też nie była wzorcem), ktore zaplanowały deficyt 8%.
http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80353,6145159.html

Na szczęscie rząd z Rostowskim tego nie posłuchał będąc przed kamerami ciągany na Rady Gabinetowe, przez wielkiego brata (wtedy jeszcze żywego).
http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80708,6294758,Rostowski_do_PiS__By_mowic_o_ekonomii__trzeba_miec.html

Teraz ten sam PiS mówi i masa naiwnych wierzy, że Polska ma wysoki dług publiczny... Gdybyśmy wówczas posłuchali naszych zbawców, zamiast zielonej wyspy, wszyscy by mówili że Grecja poszła drogą Polski... Cienko by piszczeli nie tylko Ci, którzy pytają "jak żyć" na tle swoich wypasionych domostw i plantacji papryki, ale wszystkim nam żyło by się znacznie gorzej, prawdopodobnie mogłoby dojść do tego by emeryci nie dostali nawet groszowych emerytur.

3. Platforma buduje nie tylko drogi. Wreszcie modernizuje kraj po kompletnej zapaści jaką były rządy PiSu. Warto wspomnieć, że po awanturach z Rospudą i dzięki plątaninie przepisów niezgodnych z unijnymi, PO zaczęła rządzić w momencie niemal całkowitego wstrzymania finansów z Unii na inwestycje infrastrukturalne (cudowne dzieło skutecznego PiSu i SLD na arenie miedzynarodowej) http://www.rp.pl/artykul/204028.html. PO poradziła sobie z problemem w niecały rok będąc najbardziej skuteczną ekipą w wykorzystaniu środków unijnych (co zresztą widać dookoła gołym okiem, bez szukania źródeł).
Warto też poczytać o porównaniu osiągnięć w dziedzinie budowy np. autostrad:
 http://wo.blox.pl/2011/10/Trzy-giga-i-dwa-lata.trackback?key=f4e52ab754
Czy historii autostrad A2 i A4:
http://wo.blox.pl/2011/07/Dzieje-budowy-autostrady-A2.html
http://wo.blox.pl/2009/08/Radosc-bladzenia.html

Zresztą temat nieudolności naprawiaczy kraju z opozycji możnaby ciągnąć w nieskończoność. Myślę jednak, że za komentarz wystarczy krytyka rządu oparta na  "kraj jest rozkopany" i "wszędzie są korki". No cóż jak się nie buduje to faktycznie powyższe niedogodności nie występują. Więc jak nie chcemy budowy dróg, mostów i autostrad, głosujmy na PiS.

4. Podatki nie są kluczem wyboru, w sytuacji kryzysu z jakim mamy do czynienia. Tak naprawdę dziwię się, że jeszcze ich z powrotem nie podniesiono. Doprowadzenie do nędzy części społeczeństwa naprawdę nie pomoże paru osobnikom oszczędzającym grosze na podatkach. Te grosze mogą nie starczyć na ochroniarzy i mury z zasiekami, odgradzające od wykluczonych, poza tym wzór krajów skandynawskich (Danii i Szwecji) pokazuje, że podatki wcale nie muszą dusić gospodarki, a w czasach kryzysu wręcz poważnie potrafią ją ustabilizować i stoją w opozycji do "kapitalizmu" południowoamerykańskiego, który jest wzorcem wielu oszołomów. Ja tam byłem, nie chcę tego tutaj. Choć nie da się ukryć że jako kraj wciąż jednak rozwijający się musimy być z podatkami bardzo wstrzemięźliwi. Ja oczekuję tutaj przede wszystkim zlikwidowania szarej strefy.

Na deser parę rzeczy w kwestii afer i czystości etycznej naszego Jarosława "wszystko mogę".
Słynna decyzja (świadcząca o skuteczności tropiciela afer) dokonana ostatniego dnia funkcjonowania rządu PiS:
http://lch77.bloog.pl/id,2951256,title,Skandal-z-umorzeniem-dlugu-PC,index.html

czyli czyn godny wielkich prawdziwych patriotów, walczących z rozkradaniem państwa i z aferami.
Smutne to o tyle, że siedzi prezes na kasie ogromnej właśnie z czasów powstania długu:
http://wyborcza.pl/dziennikarze/1,104622,4570562.html czy http://wo.blox.pl/2010/09/Grupa-Trzymajaca-Nieruchomosc.html

Sposób dojścia do kasy też typowy dla prawdziwych patriotów walczących o wolność dla Starucha i innych drogich ich sercu "patriotycznie nastawionych ludzi honoru" (tak to cytat) takich jak tutaj (nie mogłem się powstrzymać):
http://warszawa.gazeta.pl/warszawa/1,34862,10410013,Kibole_Legii_zaatakowali_dzieci___pilkarzy_Polonii.html

Zresztą o głównej bandzie (trudno nazwać ich inaczej) opozycyjnej możnaby długo pisać i zastanawiać się, jak pięknie można sabotować własny kraj w imię "patriotyzmu".

Nie zagłosuję też na SLD.
Partia ta nie reprezentuje nic, co mógłbym poprzeć. Abstrahując od jej korzeni partia "lewicowa" ani specjalnie nie wspiera feminizacji, ani nie bardzo ma pomysły na wykluczonych, lider partii (niestety mój imiennik, za co serdecznie państwa przepraszam, ale nie mam na to wpływu) za to bronił palaczy, że odebrano im odwieczne prawo dmuchania dymem w twarz niepalącym (a ja jestem niepalącym fundamentalistą). Wypowiedzi np. na temat homoseksualistów tego pana kompletnie odbiegają od standardów lewicowych. Z niektórymi takimi standardami sympatyzuję - jak właśnie zakazy palenia w Europie wprowadzane głównie przez socjaldemokracje, feminizm i kwoty tu i ówdzie, czy równouprawnienie homoseksualistów, odprawienie wiary i jej emisariuszy z polityki do kościołów i zniesienie dyskryminacji związków nieformalnych. W tych tematach widzę więcej dobrego ze strony konserwatywnej (ale chyba jednak modernizującej się na nowoczesne standardy) PO niż SLD. No i przecież w moim okręgu kandyduje premier Miller, więc wybaczcie. Może to i mądry facet jest, ale w jego wypadku to przerażające.

Przy okazji standardów liberalnych wychodzi nam Palikot z worka.
Tak to prawda podnosi te tematy (feminizm, homoseksualiści, związki nieformalne etc). Dzięki swoim happeningom potrafił być naprawdę skutecznym w tematach bardzo ważnych (jak ten podniesiony przez przyniesienie sztucznego penisa - wiem wielu przerasta rozumienie niektórych problemów ale przypomnijcie sobie o co chodziło), jednak w innych tematach nie potrafił grać drużynowo (jak to pięknie po wałęsowsku brzmi), jak komisja przyjazne państwo. Mimo ogromu prac, jej lider nie potrafił przeforsować jej osiągnięć. Co więcej nie znam ludzi, którzy występują na listach RPP. Tych których znam skądeś, czasem budzą poważne wątpliwości (jak pan Tymochowicz). Przypomina mi się Samoobrona i jej szemrani biznesmeni. Wcale nie jestem pewien czy interesują ich kwestie społeczne, o których trąbi Palikot, czy prywatne interesy...

Głosuję więc na PO, na posła z którym chyba dzielę światopogląd wyrażnie podpowiedzianego przez portale katotalibów, które wykonały świetną robotę ułatwiając analizę światopoglądową i szukając czerwonych symboli utwierdziłem się w przekonaniu, że głosuję właściwie:
http://www.latarnik.info/?q=mp&q2=okreg&r=sejm&k=6&okr=26
Tak to ten pan na czele listy. Czego i Wam życzę.

Nie wierzcie w bajki, nie czas na awantury i wspieranie zachowań kibolskich. Wybierzcie przyjażń z sąsiadami, w miarę nowoczesne standardy i głosując użyjcie rozumu. Podejrzewam, że użycie rozumu spowoduje że dojdziecie do mojego wniosku tytułowego.

6 października 2011

"Wasz czas jest ograniczony, nie marnujcie więc go, żyjąc czyimś innym życiem."

To cytat ze Steva Jobsa, który wczoraj, podobnie jak mój tato parę miesięcy temu, nie dał rady zabójczej chorobie. Nawet on, z jego siłą charakteru, charyzmą pieniędzmi i kontaktami przeżył tylko 56 lat. Jednak miał moc, charakter i szczęście by zostawić po sobie nie tylko pamięć. 

Strasznie współczuje jego rodzinie, bo doskonale wiem co czują.

A Apple Steva Jobsa to dla mnie trochę symbol, trochę sentyment i dużo mojego życia, ze względu na czasy w jakich przyszło nam żyć.




Od zawsze byłem zakochany w komputerach. Pamiętam podstawówkę i pierwsze zetknięcie z nimi. Czasopisma komputerowe "Komputer" i "Bajtek", które kolekcjonowałem i dzięki, którym poznawałem ten daleki świat, gdzie wszystko to się rozwijało. Wtedy po raz pierwszy usłyszałem o Stevie Jobsie - facecie, który w garażu z Wozniakiem stworzyli pierwszy osobisty komputer, pierwowzór Spectrumów, Atari XL i Commodorów, które wtedy wlewały się szerokim strumieniem do Polski, między innymi dzięki Pewexom, Baltonom i podobnym. Obaj przy okazji będąc wzorami dla rodzinnych biznesmenów - komputerowców.

Moi rodzice - nauczyciele, nie byli w stanie zapewnić mi mikrokomputera ze względu na mizerne zarobki. Jednak mój tato próbował na różne sposoby ułatwić mi dostęp, poprzez organizowanie mi wizyt u różnych znajomych, czy w różnych miejscach gdzie mogłem nacieszyć się komputerami. Wtedy właśnie po raz pierwszy zobaczyłem Apple II i jego klony, odwiedzając dział informatyczny na Akademii Morskiej (wówczas WSM), w której mój tato pracował. Te komputery wówczas tam najbardziej hołubione i będące kluczowymi pozycjami w inwentarzu WSM-ki stały się również moim marzeniem, wówczas 11 latka i Apple od tego momentu było czymś ekstra, do czego cała reszta świata i technologii po prostu nie ma startu.

Macintosha, gdy już się pokazał znałem tylko ze zdjęć wówczas i wydawał się czymś nieosiągalnym aż do momentu gdy SAD otworzył sklepy między innymi w Trójmieście.
Odwiedzając szczęśliwych posiadaczy różnego rodzaju komputerów (wliczając w to wagary) czy korzystając z ich uprzejmości wobec wysiłków mojego taty, gdy pożyczali mi te cudeńka, doczekałem momentu, gdy siostra zasponsorowała mi w ogólniaku Atari ST. Namiastkę Maka, która wreszcie pozwoliła mi się poczuć członkiem braci komputerowej, jednak regularnie odwiedzałem SAD i wystawy przezeń organizowane, marząc o swoim kompie z jabłuszkiem, który był kompletnie poza moim zasięgiem finansowym. Częściowo udało się to marzenie spełnić, gdy namówiłem moją siostrzyczkę by sobie zakupiła Color Classica. Prześliczną skrzynkę wyglądającą jak orginalny Macintosh, tyle że z kolorowym ekranem. To cudeńko wciąż działa i wciąż wygląda urzekająco.

NeXTa widziałem na Politechnice Gdańskiej, gdzie miałem okazję (nie zawsze przyjemność) studiować elektronikę. Był to wręcz obiekt kultu katedry Inżynierii Dżwięku. Kolejne z tych urządzeń budzących pożądanie z możliwościami wykraczającymi poza wyobraźnię zwykłych ludzi, jednak nie Steva Jobsa.

Aż wreszcie przyszedł czas na własnego błękitnego iMaka, iMaka lampkę, pierwszego iPoda i wreszcie iPhona.
Niemal zawsze pracując w branży nowoczesnych technologii, miałem dostęp do świata konkurencyjnego widząc ogromną różnicę w satysfakcji z używania komputerów czy gadżetów ze znakiem jabłuszka. iMaki chyba już zawsze będą gościć na moim biurku.

Gdzieś tam w tle daleko był on - SJ, który wymyślał jak tu jeszcze zawrócić w głowie takim jak ja, którzy mają szczęscie żyć w epoce komputeryzacji, praktycznie od jej początku, którzy z komputerami i elektroniką połączyli swoje życie dzięki młodzieńczej fascynacji. Budził podziw, niedowierzanie i współczucie gdy rozpoczął walkę z chorobą, niestety nieobcą naszej rodzinie, przez to będąc jakby bliższy.
Równocześnie uwielbiałem każdy jeden produkt Pixara, ciesząc się każdą jego minutą. Dziś mam radośc cieszyć się nimi w towarzystwie mojej słodkiej córeczki. Pomyśleć, że gdyby nie SJ pewnie John Lasseter i jego cudowny świat fantazji nie zawitałby do naszych domów. Steve Jobs naprawdę zmieniał życie...

Pracuję dla firmy, która wiele z cudeniek Apple produkuje, bądź współprodukuje i niemal wszystkie naprawia. Miałem okazję być w biurach Apple (niedaleko siedziby mojej firmy), lecz niestety nie dane mi było spotkać bądź zobaczyć bohatera mojego dzieciństwa i legendy życia zawodowego. Już się to nie uda...

Mój tato na łożu śmierci powiedział coś co uderzyło mnie najbardziej: "czy Ty wiesz ile ja miałem jeszcze marzeń?"
Steve Jobs spełniał marzenia swoje i innych. Myślę jednak, że odszedł z tą samą myślą co mój tato...

15 lipca 2011

Niewiarygodne Indie... część I-sza

Powoli nadszedł czas by wrócić do pisania moich wrażeń z różnych ciekawych miejsc. W końcu od mojej ostatniej publikacji (o Azji) zwiedziłem parę nowych miejsc, w których byłem po raz pierwszy i napstrykałem trochę fotek wartych pokazania.


Na pierwszy ogień wezmę kraj, który budzi chyba najwięcej emocji: The Incredible India. Ten slogan reklamowy, mający promować Indie w świecie, pasuje, jak żaden inny. Nie wiem tylko czy aby zawsze w znaczeniu pozytywnym, bo jest tutaj dośc specyficznie i wielu ludzi jest zszokowanych tym, co tu zastają.

Indie to kraj prawdziwych kontrastów. Kraj w którym prawdziwą nędzę widać (i czuć) z okien najbogatszych posesji, najekskluzywniejszych hoteli, czy super nowoczesnych biurowców. Kraj w którym dzielnice biznesowe, pełne bardzo zamożnych ‘ekspatów’ bezpośrednio sąsiadują ze slamsami. Widok nędzarzy leżących na śmietniku pod gigantyczną reklamą najdroższej biżuterii ze złota i diamentów nikogo nie dziwi (no może poza przyjezdnymi – takimi jak ja). A wszędzie wszechogarnijący brud.

Muszę powiedzieć, że ten kraj jak żaden inny pobudza do przemyśleń o sensie życia, prawach człowieka, sprawiedliwości (nie, nie społecznej – cokolwiek to znaczy) czy tym jak świat działa w ogóle.

W Indiach, z racji zawodu, odwiedzam najczęściej stan Tamil Nadu, ze stolicą w Chennai (dawniej Madras – nazwą lepiej rozpoznawaną, z powodów nacjonalistycznych zmienioną, bo prawdopodobnie powstałą pod wpływem kolonizacji). Po namyśle stwierdzam, że to ma sens, bo Chennai jest najnormalniej w świecie paskudne i dobrze kojarzące się słowo Madras (mi z herbatą) kompletnie nie pasuje do tego miejsca.

Chennai jest strasznie zatłoczonym miejscem, gdzie całe 6 (zdaje się że cała aglomeracja z przyległościami znacznie przekracza 8) milionów mieszkańców sprzysięga się każdego dnia by wyjechać na ulice wszystkim czymkolwiek się da, wyposażonym w klaksony, trąbki, rogi i czym tam jeszcze da się dąć, wyć i ryczeć tak by dać znać światu (i innym użytkownikom drogi), że się tu jest. Muszę powiedzieć, że do tego wycia bardzo ciężko się przyzwyczaić.
Ruch drogowy tutaj oczywiście nic wspólnego z tym, do jakiego jesteśmy przyzwyczajeni, nie ma. Nawet gdy są namalowane (zastanawiam się tutaj zawsze po co) 3 pasy na jezdni, to 5 czy 6 pojazdów przepychających się koło siebie to absolutna norma. Ruchu ulicznego nie da się opisać żadnymi slowami. To bezkształtna masa przetaczająca się przez drogi wyposażone w ponad pół-metrowe krawężniki, wyjąca, rycząca i śmierdząca spalinami niesłychanie.

Równocześnie to miasto pełne kolorowych kobiet. Kolorowych ze względu na stroje, typowe dla Indii, pełne wzorów ciekawego doboru barw, często bardzo jaskrawe. Wiele kobiet ma niezwykle piękne twarze, które dla nas, Europejczyków niemal z północy, są bardzo egzotyczne, często ze względu na ciemną skórę.
Te kolorowe, często piękne kobiety ozdabiają ulicę jak kwiaty, powodując, że nie wszystko jest tutaj odrzucające. Poruszają się w sposób bardzo kobiecy, z gracją chyba typową dla Azjatek, za którą coraz częściej tęsknię patrząc na kobiety w Europie czy USA tu i tu na szczęście z wyjątkami.

W Indiach byłem już chyba z 6 razy (raczej nie mniej). Za każdym razem odwiedzając Chennai, mając jednak okazję zobaczyć Delhi i niedaleką od niego perłę Mogołów – Agrę z jej najpiękniejszymi grobowcami, w tym Taj Mahal.

Lądowanie w Indiach, za każdym razem to mało przyjemne przeżycie, między innymi, że praktycznie zawsze ląduję w późnych godzinach nocnych. Lotniska tutaj to jak nasze komunistyczne dworce autobusowe (trochę większe) – nie za czyste, z niewygodnymi siedzeniami, generalnie nieciekawe miejsca. Potem jazda do hotelu przez bardzo zroznicowany krajobraz. Mimo, że trwa noc widac ludzi, którzy przy swoich malych stoiskach szykuja się do rannej pracy, bądź pilnują swój mizerny dobytek.

W nocy ruch uliczny jest zupelnie normalny, niewiele pojazdow, tylko śmieszne małe riksze motorowe rzucaja się w oczy szalejąc na drodze wypełnione pasażerami po brzegi.

Rano jednak każdego dnia jest prawdziwe szaleństwo. Tego nie da się opisać, to trzeba przeżyć. U nas gdyby ktoś zobaczył ruch uliczny w takim stanie jak to wygląda tam, uznałby, że jest świadkiem jakiejś gigantycznej kraksy połączonej z apokaliptycznym korkiem. Szokujące jest to, że cała ta wyjąca, trąbiąca masa pojazdów się przemieszcza, możnaby uznać że całkiem sprawnie. W krajobraz wpisują się motorowery dosiadane przez całe rodziny (4 "jeźdźców" to norma) z dziećmi, autobusy obwieszone pasażerami, dla których nie ma miejsca w środku, z niektórymi nawet siedzącymi na dachu i gigantyczne ciężarówki pędzące również przez centrum miasta.

Bycie częścią tego zjawiska, to naprawde niezła przygoda dla ludzi o mocnych nerwach. Codziennie dojeżdżaliśmy do naszego biura w Chennai korzystając z motoriksz, budząc zdziwienie u personelu hotelowego, że "tacy panowie" nie korzystają z taksówek. Cóż, riksze może i bardzo przygodowe ale ich kierowcy, są wyjątkowo skuteczni w walce ulicznej o dostanie się na miejsce w miarę szybko, wciskają się w każdą lukę, znajdując każdą okazję by przesunąć się do przodu. Niestety ich znajomość angielskiego często była równorzędna do naszej znajomości tamilskiego, do tego znajomość miasta pozostawiała trochę do życzenia, stąd i cała masa zabawnych pomyłek, gdy lądowaliśmy w kompletnie innym miejscu niż zamierzaliśmy.

Jednak najciekawsze wyprawy przez dżunglę ruchu ulicznego były do niedalekiego Sriperumbudur, gdzie cały świat technologiczny postawił swoje fabryki z jakiegoś powodu, z chyba największymi inwestycjami Samsunga w Indiach. Niedalekiego, lecz podróż to przynajmniej 2 godziny. Z okna busu, jakim jechaliśmy do naszej fabryki widać było wszystkie kontrasty ulicy Indii. Ludzie żyjący na śmietnikach razem z krowami, nietykalnymi tutaj. Dzieci zmierzające do szkoły w szykownych mundurkach, kawałek dalej dzieci idące do szkoły boso w najlepszych koszulach jakie mają, dalekich od szyku widzianego chwilę wcześniej.

Droga do Sriperumbudur pokonywana dwa razy dziennie, przez kilka tygodni jakie spędzałem w Indiach, dawała niesamowity podkład pod liczne przemyślenia i pojęcie różnorodności ludzi, ich sytuację, motywy i czasem bezsilność w walce o przetrwanie swoje i swoich dzieci. Tę drogę zawsze pokonywałem ze słuchawkami na uszach. Zawsze słuchałem muzyki, która była spokojna, nie przeszkadzała w chłonięciu tego egzotycznego i strasznego świata za oknami busu. Najczesciej była to „All That You Can’t Leave Behind” z perfekcyjnie pasującym „Stuck In A Moment You Can’t Get Out Of”.
Niesamowita jest ta wizja nędzy ludzi przejmujących się bohaterami filmowymi Bollywood, będącymi praktycznie bohaterami narodowymi. Pogarda tamtejszej władzy wobec ludzi, władzy która bezwstydnie buduje sobie pomniki (Chennai i okolice są pełne pomników aktualnego gubernatora, roześmianego staruszka w czarnych okularach). Pogarda, którą widać na każdym kroku, gdzie zamyka się dla ludzi ulicę, na której mieszkają władcy, zamyka się miasto, gdy przezeń podróżują. Korupcja zżerająca państwo i religia i kultura tych ludzi, która jednych skazuje na sukces innych na żebractwo, praktycznie nie dając szans na awans społeczny mimo, że dwudziesty pierwszy wiek i korporacje światowe wkroczyły do tego kraju ….


Ciąg dalszy nastąpi, poza tym wrzucę trochę fotografii jak już będę w domu (dłuuuga podróż z Meksyku przede mną).

14 lipca 2011

Life goes on

Powoli tworzę zaległe wpisy o moich podróżach nie tylko służbowych (na pierwszy ogień pójdą Indie, o które dostaje pytania). Wrzucę do nich pewnie trochę zdjęć niedługo.

Może pobawię się integracją z Google + (w razie czego mogę i zaprosić - myślę jednak, że lada chwila serwis będzie otwarty). Wciąż brak mi czasu, szczególnie ostatnio się zakotłowało. Pozdrawiam wszystkich, z którymi nie mam czasu się umowić czy spotkać.
W tym momencie pozdrawiam z deszczowego Meksyku.

12 marca 2011

Urodziny mojego Taty...

To dziś. Ukończyłby 73 lata, gdyby żył.
Dokładnie 4 lata temu w dzień swoich urodzin dowiedział się o chorobie, która Go zabiła.
Mój Tato był wciąż sprawny i właściwie na zdrowie nie narzekał. Nie tak dawno ogranie go w badmintona było wyzwaniem ponad siły wielu dużo młodszych ludzi. Jeśli ktoś zdaje sobie sprawę jak wygląda "prawdziwy" badminton, nie ten plażowy, to wie dobrze ile wymaga szybkości refleksu i wydolności. Mój Tato grał jak dwudziestolatek, tyle że rozumniej...

Dowiedział się wówczas (4 lata temu), że morderca dostał się do organizmu przez oko. Zlekceważony przez jakąś niedouczoną okulistkę, urósł na tyle by rozprzestrzenić się, zanim na niego zareagowaliśmy.
Wszyscy pamiętają mojego Tatę po wspaniałych, niepowtarzalnych, niebieskich oczach, które odziedziczyłem po nim i moja cudowna córeczka również. Niestety jasne oczy to okazuje się też przekleństwo. Czerniak potrafi się w nich rozwinąć. Tato niestety praktycznie nigdy nie nosił okularów przeciwsłonecznych, ułatwiając wniknięcie wroga...
Dla nas to była nowa, bardzo bolesna nauka. Jak to jest możliwe, że ludzie nawet nie wiedzą co im grozi? Dlaczego nigdzie, nikt nie ostrzega jasnookich, jak duże ryzyko im grozi? Dlaczego gdy mówię o czerniaku gałki ocznej, to praktycznie każdy slyszy o tym pierwszy raz?! Być może gdybyśmy byli świadomi, to Tato by dziś z nami świętował kolejną swoją rocznicę ciesząc się wspaniałymi wnukami? Rocznicę, która dała mi imię... Jakże smutno mieć teraz imieniny...

Przerzuty pokazały się rok później. Dziś już wiemy, że to był sygnał końca. My wciąż mieliśmy nadzieję. Dotarliśmy do wszystkich najlepszych lekarzy i klinik, wszystkich możliwych badań. Tato walczył na różne sposoby, spędzał czas na stołach operacyjnych i w urządzeniach do badań, jednak na próżno.
Zeszłego lata, mój Tato już wiedział. Żegnał się z każdym miejscem, które odwiedzał, któremu poświęcił czas i życie. Widzieliśmy to, lecz nie chcieliśmy się z tym pogodzić. Niestety ostatnie święta Bożego Narodzenia były dla Niego ostatnią okazją by wyjść z domu, odwiedzić swoje dzieci...
Tato czuł... Za każdym razem gdy tulił moją córeczkę, swoją wnuczkę widziałem, że się smuci, że nie będzie świadkiem jej dorastania... Widać to też na zdjęciu, które umieściłem wcześniej.
Gdy lekarz powiedział nam, że to już, że to ostatnie dni - nie mogliśmy uwierzyć. Myśleliśmy, że to osłabienie po chemii, po radioterapii i że zaraz Tato wstanie z łóżka. Ale nie, czerniak był wszędzie. Co więcej nawet się już nie krył, widać go było przez skórę, on już nam zabrał Tatę i Dziadka...

Tato umarł gdy wszyscy byliśmy przy nim. Do ostatniej chwili nie wierzyłem że to już. Zaczął umierać przy mnie... Z ostatnim tchnieniem czekał na moją siostrę. Trzymałem Go za ręce i najbardziej mnie boli, że nie wiem co mogłem zrobić by było Mu lepiej, czy zrobiłem wszystko... Ludzie żałują, że bliscy umierają bez nich, ja jednak wiem że im jest lżej. Wiem że to wspaniałe być przy Ojcu ale to najgorsze co w życiu przeżyłem i co wciąż przeżywam...

Mój Tato, wszystko co robił w życiu robił z przekonaniem, że czyni dobrze. Nie posuwał się nigdy do tanich chwytów, cwaniactwa i pójścia na łatwiznę. Często kosztowało go to bardzo wiele, jednak wszystko przetrawiał sam. Chyba nie spotkałem w życiu uczciwszego człowieka. Choć ojcem był surowym i wiele rzeczy mógł zrobić lepiej, to dzieciom przekazał wszystko co umiał, albo co wiedział że dać powinien byśmy mieli szansę zostać kimś. Sam fakt, że dziś strasznie mi Go brakuje, jego porady, złośliwości czy żartu, a ja jestem dumny z tego kim jestem, świadczy że był najlepszym ojcem na świecie.

Chciałbym tutaj podziękować wszystkim, którzy tak licznie żegnali Go na mszy i pogrzebie. Podziękować za słowa otuchy i współczucia. Wiem, że wielu z Was to zaskoczyło (tak jak nas niestety), jak szybko Tato zwiądł i zgasł, bo On nie potrafił się podzielić swoimi uczuciami, nie potrafił Wam powiedzieć przez telefon, gdy do Niego dzwoniliście, że On już wie... Z nami też nie potrafił się pożegnać...
Pamiętajcie Go. Pamiętajcie go jako zdrowego i silnego sportowca, pełnego werwy i emocji, a nie jako umęczone ciało chorego człowieka.

Tak całkiem niedawno, będąc w innym kraju, myślałem co kupić Tacie na urodziny... Dziś niestety pozostaje świeczka i modlitwa, i na pewno jest to prezent, który nie sprawia satysfakcji dającemu.
Tato kocham Cię, gdziekolwiek jesteś to miłość to jest mój prezent...


3 lutego 2011

Odszedł dziś...

na zawsze, zostawiając nas samotnych. Mój tato, dziadek mojej córeczki i moich chrześniaków.
Zwiądł pokonany przez chorobę, z którą walczyliśmy 4 lata, bez sukcesów.
Cześć jego pamięci.



Pogrzeb mojego Taty na cmentarzu witomińskim w piątek 11 lutego, o godzinie 12:30.
Msza Święta w parafii Gdynia Demptowo (Matki Boskiej Różańcowej - ul. Chabrowa 8 A) o godzinie 11ej.

30 września 2010

Cała rodzinka na wsi




Wrzucam zdjęcie z pozdrowieniami dla całej rodzinki na południu i Michała, który domaga się bym dotrzymał słowa i wrzucił wreszcie zdjęcie rodzinki Landsmanów.
To chyba ostatni tak ciepły weekend tego roku, który spędziliśmy w doborowym towarzystwie i świetnej atmosferze.
Jak widać - same laski i przystojniacy, niemal we wszystkich kategoriach wiekowych...

29 kwietnia 2010

Mój Blog Podróżniczy


Witam nowych gości odwiedzających moją stronkę (a w statystykach widzę takich).

Moja historia zabaw w pisanie w inernecie zaczęła się od maili pisanych do koleżanek i kolegów z pracy o  podróżach, które wynikły z nowego profilu moich obowiązków. Finalnie maile te przeniosłem (razem z błędami niestety) do internetu w formie krótkich opisów miejsc ze względu na zgłaszane prośby o zdjęcia.

Myślałem nad przeniesieniem ich tutaj, ale w końcu uznałem że link do starego bloga wystarczy:


Wiem, że niektórzy wciąż czekają na moje opowieści (i zdjęcia) z Grecji, Indii czy Brazylii i obiecuję, że bardzo niedługo zamieszczę takie.