12 kwietnia 2012

Komputer dla mas, a nie dla klas...


Ostatnie miesiące dają mi mnóstwo powodów do różnych życiowych przemyśleń. Swiat się zmienia i miałem szczęście być świadkiem rewolucji bezkrwawych, a jakże ważnych dla dzisiejszego świata i naszego kraju. 
Niestety liderzy rewolucji technologicznej i prawdziwi wizjonerzy odchodzą w ostatnich miesiącach i coraz bardziej odczuwam że chłopięce lata i marzenia przemijają, tym bardziej, że sam już pewną poprzeczkę wieku przeskoczyłem, i…


W ostatnią niedzielę odszedł kolejny ważny dla mnie człowiek, który w historii komputeryzacji spokojnie może konkurować ze Stevem Jobsem. Człowiek, który spowodował, że komputery naprawdę trafiły pod strzechy. Człowiek, który zmienił życie wielu z nas, którzy poznawaliśmy świat komputerów grając na Commodore 64 (i wcześniejszych modelach Commodore) czy zarabiając pierwsze pieniądze na Atari ST, które dawało nam moc i możliwości, na które normalnie nie byłoby nas stać.

Mój pierwszy własny komputer to był Atari 1040STFM  (sprowadzony z Anglii za pieniądze tamże zarobione przez moją siostrzyczkę). Było to dzieło autorskie Jacka Tramiela – komputer, o którym wówczas marzyłem i który gdy go dostałem spowodował, że chyba pierwszy raz w życiu zazdrościli mi wszyscy, bo komputer ów był silniejszy niż wszystko co mieli moi sąsiedzi, czy nawet okoliczne centra obliczeniowe i do tego był przyjazny jak Maki… To było właśnie „Power Without the Price”,  a ja byłem wtedy najszczęśliwszym człowiekiem na Ziemi.
Zarobiłem dzięki niemu moje pierwsze pieniądze nie związane z pracą fizyczną, czy korepetycjami, projektując plakaty, ulotki, przepisując, licząc i drukując to i owo dla różnych znajomych i nie tylko. Komputer ten przybliżył mnie do braci komputerowej "Atarowców", których naprawdę zacne towarzystwo miałem w sąsiedztwie w bloku, w którym mieszkałem, wliczając w to pewnego muzyka i świetnego producenta, którego zamęczałem swoimi wizytami i którego serdecznie pozdrawiam…

Commodore 64, również kojarzy mi się z sąsiadem (parę pięter niżej) – przyjaźnią z dzieciństwa, z którym bez specjalnych wyrzutów sumienia wagarowałem ze szkoły w czerwcu (notabene do dziś nie rozumiem, dlaczego oceny w szkole wystawia się miesiąc przed końcem roku szkolnego – skoro księgowi potrafią zamknąć rok praktycznie w dobę), przesiadując u niego w domu całymi dniami, grając we wszystkie gry świata, wprowadzając i łamiąc pierwsze „poke’i” by zdobywać nieśmiertelność w grach i zobaczyć swoje nazwisko w "Bajtku" czy "Komputerze" wśród przesyłających je…

Wtedy czuliśmy, że świat się zmienia, równocześnie zmieniała się rzeczywistość wokół nas, zaczynaliśmy planować inną przyszłość. Wierzę, że w dużej mierze nasz świat się zmienił i wolność przyszła też dzięki rewolucji technologicznej i tej wielkiej chęci w nas by dogonić świat, który nam uciekał, a do którego między innymi dzięki komputerom tak nas bardzo ciągnęło…
Do dziś pamiętam, jak musiałem wypełniać formularz CoCom (relikt zimnej wojny), że mój komputerek będzie służył tylko do prywatnych zastosowań, by uzyskać zgodę na jego wysyłkę do Polski...

Jack Tramiel, urodzony jako Jacek Trzmiel, był świadkiem rzeczy strasznych i tragicznych, które przetrwał w naszym kaleczonym kraju i uciekł do świata, w którym jako wizjoner komputeryzacji i biznesu (poprzez metodologie zarządzania kosztami produkcji masowej i strategie konkurencji cenowej) mógł zaistnieć, tworzyć i sprzedawać komputery dla mas, a nie dla klas. 

Thanks Jack. For everything.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza